W Macieja Eckhardta po Marszu liczy się procenty, jakie Ruch Narodowy może mieć w następnym Sejmie – siedemdziesiąt! – a może tylko dziesięć?...

Wóz stoi przed koniem, niewód nawet jeszcze nie założony, a ryby już łowimy…

To nie dziwne. Mamy dość nie tylko afer, kłamstw i prowokacji, ale i pomiatania naszym dziedzictwem, naszym honorem, nami samymi wreszcie. Mamy dość.

Chcemy mieć prawo pójść naszymi ulicami z naszymi flagami i naszymi pieśniami w dzień naszego Święta. Chcemy i idziemy. Dość korzystania z okazji do siedzenia cicho, do znoszenia w milczeniu obelg i udawania, że tak naprawdę to nas nie ma.

Dorosło pokolenie, któremu już nie da się wmówić, że ach Zachód!, ach Europa!, ach Stare Demokracje! To pokolenie już wie, jak to „ach” wygląda i najwyraźniej nie ma kompleksów.

Z tego jednak jeszcze nie wynika, że Ruch Narodowy weźmie 70, czy choćby 10 procent. Niestety nie – i na szczęście nie.

Prawda, że na PiS głosowali również i tacy, którzy nie mieli alternatywy. Prawda, że często to byli ludzie, dla których PiS był zbyt kunktatorski, zbyt establiszmentowy, zbyt okrągłostołowy, czyli być może tacy ludzie, którzy stanowili trzon Marszu.

Prawdą jest też, że jeśli znam własny Naród, to te jego 50 procent, które w dniu wyborów nie wrzuca żadnej kartki, nie stanowi jedynie gromady bezmyślnych durniów „olewających” wszystko oprócz supermarketu i grilla. W swej większości są to całkiem rozsądni ludzie, tyle że dość brutalnie pozbawieni złudzeń. Co gorsza, historia naszej „młodej demokracji” z roku na rok coraz bardziej  utwierdza ich dystans do tego wszystkiego, na co sami, osobiście, nie mają wpływu.

Prawda, że gdyby oni wszyscy uwierzyli, że oto jest ktoś, kto ich naprawdę reprezentuje, byłoby tych procent bliżej siedemdziesięciu niż dziesięciu. Tych ludzi jednak trzeba do tego przekonać, a na to nie wystarczy, żeby się spotkali razem na Marszu pod tą samą flagą. Dlatego próżno liczyć, że będą ot tak, z biegu, gotowi oddać swoje głosy na świeżo powstały Ruch, choćby był Narodowy. I całe szczęście, że nie będą.

Co bowiem wiemy o tym jeszcze nawet nie istniejącym Ruchu? Gdzie jest jego program? Kto go firmuje? Jaka jest gwarancja, że ci, którzy go będą ewentualnie firmowali, to nie będą kolejni figuranci dobrani przez nie wiadomo kogo?

Pewnie, że wspaniale byłoby poczuć siłę tego, co jest naprawdę silne, ale rozproszone, bo nie ma swojej reprezentacji. Co więcej, wierzę, że jeszcze poczujemy. A wierzę dlatego, bo ufam, że weźmie się za to młode pokolenie. Bez kompleksów, a ze słusznym poczuciem, że to jest normalne.